Prawdopodobnie kilka milionów lat temu, któryś z naszych humanoidalnych krewnych, zobaczył drzewo pełne dojrzałych, soczystych owoców. Jednocześnie jednak poczuł obawę, że za chwilę całe stado jego ziomków przystąpi do konsumpcji tych rarytasów i nie tylko będzie musiał się z nimi podzielić, ale z racji swojej niskiej pozycji w stadzie, może nie zjeść nic! Mając przed oczami tę przerażającą wizję, wydał serię głośnych, dramatycznych odgłosów ostrzegających przed niebezpieczeństwem. Przypuszczalnie, ostrzegających przed orłem bo gdyby ostrzegł przed lwem lub wężem, małpy (z całym szacunkiem) rzuciłyby się na okoliczne drzewa, a również na to z owocami. W ten sposób, mógł przynajmniej przez jakiś czas, cieszyć się ucztą samotnie. Tak oto, nasi dalecy przodkowie wymyślili kłamstwo a w genach przekazali je nam.

Osiągniecie umiejętności komunikowania się, przyniosło korzyść w postaci wymiany informacji i współpracy. Jeden osobnik może poinformować inne o niebezpieczeństwie, ale też podzielić się wiedzą gdzie znajduje się pożywienie. Jednak wraz z komunikacją prawdy musiała pojawić się komunikacja nieprawdy. Co wobec tego dzieje się gdy zamiast prawdziwych informacji zaczynają dominować te fałszywe? Komunikacja prawdy sprzyjała zdolności przetrwania. Gdy jednak wszystkie osobniki zaczynają komunikować wyłącznie lub głównie nieprawdę, erozji ulega zaufanie i możliwość współpracy. Nikomu nie można ufać, więc też samemu trzeba kłamać. W imię własnych interesów lub dlatego, że jest to norma. Dzisiejsza ludzkość osiągnęła w dziedzinie kłamstwa, innego rodzaju kłamstwa zwanego manipulacją, jeszcze innego kłamstwa zwanego fake newsem, poziom obłędu. To tak, jakby wszystkie małpy w stadzie na raz zaczęły się przekrzykiwać, że tu wąż, a tu orzeł, a tu lew. Każda chce coś ugrać dla siebie, nie mając refleksji, że kłamstwo ma zarówno “plusy dodatnie” jak i “plusy ujemne”, cytując klasyka. Doszliśmy już (lub wkrótce dojdziemy) do sytuacji, że nie można ufać nikomu, że nie wierzymy w żadne autorytety, nie wierzymy politykom, nie mamy zaufania ani do nauki, ani do lekarzy, ani do szczepionek, ani że Ziemia jest okrągła. Nie mając punktu odniesienia co jest prawdziwe i kto mówi prawdę, wierzymy w to, co prawdą nie jest. Nie wiem jak Ty, ale my jesteśmy tym zmęczeni. Zmęczeni poczuciem bycia robionym w $%#@a na każdym kroku.

Ten blog nie jest tworzony by bez wątpliwości orzekać o prawdziwości czy nie rozmaitych zjawisk, które nas otaczają i wpływają na nasze życie. Naszą ambicją jest, by sygnalizować, akcentować i pobudzać do refleksji. Tym co sprawia, że jesteśmy permanentnie okłamywani jest fakt, że na to pozwalamy. Nie chcemy lub nie potrafimy weryfikować informacji. Możemy jednak próbować. Oczywiście jest to obecnie, niezmiernie trudne. Bombardowani milionami informacji, przestymulowani i przebodźcowani, kierujemy się tym co łatwe, proste i szybkie. Brakuje nam czasu i energii by sprawdzać. Zatem, zwolnijmy odrobinę, rozejrzyjmy się i pomyślmy co jest prawdziwe a co nie.

“Yes, we can”.

Facebook
Twitter
LinkedIn

Uprawianie sportu staje się coraz bardziej popularne, a my zastanawiamy się dlaczego. Z jakiego powodu ludzie tak potwornie się męczą i katują. Ciągną jakieś ciężary w ramach jakiegoś cross-fitu. Pokonują długie kilometry na rowerze, nie bacząc na ból nóg i krocza. Ba! Biegną po horyzont i z powrotem, dźwigają, wyciskają, wznoszą, rozciągają, uginają i w końcu prostują w jakiejś masochistycznej manii.
Pierwsza odpowiedź, jaka nam przychodzi do głowy, to taka że chcą wyglądać lepiej w ramach jakiegoś wzorca, uznanego przez nich za pożądany i estetyczny. Sylwetka kulturysty w niektórych kręgach to atut, może nawet awans. Tym bardziej jeśli idzie za tym siła mięśni ułatwiająca przekonanie kogoś innego do swoich argumentów. Teza prawdziwa, motywacja słuszna, dopóki nie nastąpi ten moment, jak wtedy gdy pierwszy neandertalczyk spotkał pierwszego homo-sapiens. Ten drugi po prostu zdzielił tego pierwszego jakimś kijem, bo jednak inteligencja w przypadku człekokształtnych wygrywa z masą mięśniową, co wydatnie pokazała ewolucja. Co do atrakcyjności, to jak ze wszystkim, jest to kwestia względna. Niektórzy panowie wolą szczupłe, niektórzy te “przy kości” itd. W drugą stronę podobnie. Ludzie cenią u innych ich zdolność osiągania sukcesów, i to najlepiej tych finansowych. Czy sportowa sylwetka to ułatwia? Czy Bill Gates jest wysportowany?

Inna hipoteza jest taka, że ludzie po prostu chcą długo wyglądać młodo, bo młodość jest modna. Prawdopodobnie działa tu jakaś korelacja, że im społeczeństwo się bardziej starzeje, ilość młodych ludzi spada, tym bardziej młodość jest w cenie. Banalne prawo popytu i podaży. Ale czy wysiłek fizyczny, znęcanie się nad swoim ciałem faktycznie zatrzymują czas? Czy da się to jakoś policzyć? Czy ilość pokonanych kilometrów zmniejsza o ileś milimetrów nasze zmarszczki? Czy jest jakaś określona waga ciężarów na dzień, by odmładzać optymalnie? Czy ktoś zbadał, sprawdził że sportowcy wyglądają na młodszych niż są w rzeczywistości? Jeśli tak to o ile? Czy ten cały trud przekłada się na młodszy wygląd liczony w dziesiątkach lat, czy rozgrywka toczy się o jakieś śmieszne 2 czy 3 lata?
A zatem, może ludzie, którzy dużo zażywają sportu, po prostu czują się lepiej? Dziwna by była to filozofia, że trzeba najpierw dać sobie w kość, spocić się jak “sto pięćdziesiąt”, płuca wypluć, by potem, już odpoczywając stwierdzić “ale ja się teraz dobrze czuję”. Ha! Oczywiście! Jak człowiek zmarźnie, wychłodzi się na mrozie, to wystarczy wejść do ciepłego i już dobrze się czuje. Po prostu powrót do równowagi, homeostazy jest przyjemny. Najpierw odbieramy sobie “zwyczajne” samopoczucie, by później docenić normalność. Uznajemy to za przekonujący argument do uprawiania sportu. Rozważmy jednak inne hipotezy, bo być może, Ty czytelniku, się z nimi nie utożsamiasz.
Tak więc, może sport jest naturalną ekspresją człowieka poszukującego rywalizacji. Wygrana z innymi, poczucie bycia lepszym, faktycznie bardzo poprawia samopoczucie, podnosi samoocenę i wiarę we własne siły. To naturalny mechanizm, działania naszego ego. Wszystko co powoduje, że czujemy się lepsi od innych, nas uszczęśliwia, a poczucie bycia gorszym wpędza w rozpacz. Czy jednak sport to skuteczny środek, by się w ten sposób uszczęśliwiać? Obserwując sportowców wyczynowych, bo sukcesy innych są dla nas tajemnicą, możemy wysnuć wniosek, że za każdą wygraną, przychodzi porażka. Podejrzewamy, że nie ma sportowców, którzy cieszą się długimi okresami, samych wyłącznie wygranych. A jeśli wygrana to szczęście, a przegrana to smutek, czy liczy się to 1 do 1? Czy jeśli raz się wygra a raz przegra, to człowiek jest gdzieś w swoim samopoczucie po środku? Otóż nie. I Ty to wiesz, i my to wiemy. Im częściej wygrywamy, tym bardziej boli porażka. Im wyższe mamy mniemanie o sobie, z tym większym emocjonalnym kosztem będzie związana przegrana. A nieuniknione jest, że ona przyjdzie. Wniosek jest taki, bez względu jak wiele wysiłku włożymy w treningi, bez względu na to jak bardzo się będziemy starać, prędzej czy później pojawi się przeciwnik, który nas pokona. Na czas, na wyciskanie, czy cokolwiek innego. I będziemy nieszczęśliwi.

Skoro więc uprawianie sportu nie wiąże się z byciem szczęśliwym, to jaka może być przyczyna, że ludzie to robią? Prawdopodobnie jest to moda! Jesteśmy przecież istotami społecznymi, obserwujemy się nawzajem, wyczuwamy co jest jest cenione przez inne osobniki, naśladujemy je w pogoni za społeczną akceptacją. Ten konformizm wypiliśmy z mlekiem matki ewolucji. Nie bylibyśmy tu gdzie jesteśmy, gdyby każdy robił inaczej niż inni. Wyobraźmy sobie, naszych przodków, gdzieś tam w dżungli. Jeden zbiera owoce, ale nikt go nie będzie naśladował, więc inni nie zbierają owoców. Robią wszystko inne, byle go nie naśladować. Inny poluje, ale nie ma konformistów, więc nikt nie robi to co on. Wolą leżeć i się wygrzewać. Albo jeść mrówki. Cokolwiek. Brak konformistów to brak szans na współpracę. Niestety. Wniosek? Nasza naturalna, ludzka tendencja to robić to, co robią inni. Koniec.

Ta hipoteza też nie pasuje do Twojego przypadku?

Zatem, uprawiasz sport, by długo żyć? Czy to jest odpowiedź? Boisz się śmierci, tak jak wszyscy i masz przekonanie, że ilość wybieganych kilometrów przełoży się na ileś tam więcej lat życia. Sprawdźmy to!

Jessy Owens, jeden z najlepszych biegaczy w historii żył 67 lat. Abebe Bikila, sławny maratończyk, żył 41 lat. Steve Prefontaine, legenda biegów na 10 km, żył lat 24. Florence Griffith-Joyner żyła lat 39. Oczywiście mogą to być tylko wyjątki, ludzie o słabym mięśniu sercowym, niemniej jednak, jeśli to sport miałby być uznany za receptę na długowieczność, to na pewno nie dla wszystkich. Tym bardziej, że w sukurs przychodzą nam naukowcy. Zbadali oni, co jest wyjątkowego w stylu życia ludzi, którzy żyją w różnych enklawach na Ziemi, znanych z tego, że tam ludzi dożywają sędziwej starości. Nie wiem, czy szczęśliwej starości, ale w tych badaniach liczył się czas, nie jakość. Nie wchodząc już jednak w szczegóły, okazało się że ludzi w miejscach takich jak górskie rejony Sardynii, grecka wyspa Ikaria czy mieszkańców Okinawy, łączą podobne zachowania. Po pierwsze zażywają sportu w naturalnych dawkach. Dużo chodzą, bo nie mają samochodów, uprawiają ogródki, naprawiają dach w domu itp. Po drugie mają w życiu cel. Wewnętrzny kompas, który nadaje ich życiu sens. To komponent psychologiczny ich recepty na długie życie. Po trzecie, mają strategie na rozładowywanie stresu. Jedni się modlą, inni medytują, a jeszcze inni po prostu mają obyczaj popołudniowej drzemki. Świadczy to jednocześnie o tym, że nie są “zagonieni” w tym swoim rytmie dnia codziennego. Po czwarte, nie przesadzają z jedzeniem mięsa. Nie są wegetarianami, ale też nie wsuwają parówek każdego dnia. Rodzaj żywieniowej środkowej ścieżki. Po piąte, piją regularnie ograniczone ilości alkoholu. Wino do obiadu nie jest złe. Po szóste, stały związek i rodzina. Nie wiemy dlaczego to działa pozytywnie, bo mamy złe doświadczenia, ale wygląda na to, że są sposoby, by rodzina była atutem, a nie obciążeniem. No w końcu, po siódme, zła wiadomość. Ludzie religijni żyją dłużej niż ateiści. Wygląda na to, że jeśli chcesz żyć dłużej to zamiast sportu, kościół będzie lepszym rozwiązaniem.

Facebook
Twitter
LinkedIn

Jeśli chodzi o szczepienie na covid, pewne jest tylko jedno. Za rok lub dwa, będzie o tym dokument na Netflixie. Zacznie się dramatycznymi obrazkami ze szpitali w Wuhan ze stycznia 2020, przebitki z miejscowego targowiska i wstawki z rozmów, z ludźmi, którzy chcą nam coś ciekawego o tej historii powiedzieć. Będzie się tam tłumaczyć jakiś przedstawiciel WHO, dlaczego tak długo dawali się okłamywać chińskiemu komitetowi centralnemu, skoro nawet dziecko wie, że oficjele Chińskiej Republiki Ludowej, właściwie nigdy nie mówią prawdy. Gdyby prawda o epidemii w Wuhan została ujawniona te 2-3 tygodnie wcześniej, nie byłoby późniejszego zaskoczenia w Europie. Nie byłoby też, skądinąd interesującej, teorii, że cały covid to chiński spisek, bo jak wiadomo, gdy nie wiadomo kto zawinił, to trzeba szukać tego kto, najwięcej zarobił. A to CHRL jest jedynym  na świecie wygranym z dodatnim PKB. W drugiej części tego serialu zobaczymy chińskich turystów z prowincji Hubei przybywających do Włoch. Pierwsze dwa potwierdzone przypadki covid w Europie to dwójka chińskich turystów, którzy przybyli do Mediolanu 23 stycznia. Przypomnijmy, mówi baryton spoza kadru, że pierwsze przypadki covid zostały zidentyfikowane w szpitalu w Wuhan już 28 grudnia! „To wtedy trzeba było zamykać granice”, mówi jakaś gwiazda rocka, zaproszona do serialu jako ekspert stosunków międzyludzkich. W odcinku trzecim, europejscy turyści zarażeni przez turystów chińskich rozjeżdżają się po całym świecie. Kolejny eksperci, biją się w pierś, że już dawno przewidywali wybuch tej epidemii. Rozpoczyna się wyliczanka zarażeń i ofiar. Zarówno pierwsze i drugie są oficjalne. Nieoficjalne są nieznane. W odcinku czwartym, zdjęcia z różnych miast świata objętych lockdown’em. Na ich tle odcina się Szwecja, gdzie ludzie swobodnie cieszą się wiosną, zrelaksowani siedzą na dworzu. Blondyni uśmiechają się do blondynek. W części piątej pojawia się nowy główny bohater, to Pfizer. Gość wcześniej znany, głównie z zawrotnej kariery, jaką zrobił jego niebieski produkt o nazwie Viagra. Pfizer jest pierwszy w wyścigu na szczepionki. Ludzie już mają dość. Chcą, by znowu było jak dawniej. W odcinku szóstym, pojawiają się kolejni uczestnicy telenoweli o dziwnych imionach jakby wziętych z serialu Star Trek. Jest tam Sputnik, Astra-Zeneca, jest Moderna, jakiś Curevac i jeden Chińczyk. Wszyscy są aptekarzami i słyną z tego że nie znoszą konkurencji, lubią za to jak marża wynosi co najmniej 1mln%, a są też podejrzenia, że w ostatnich dekadach, starają się stworzyć jak największą grupę lojalnych klientów – nie lecząc, ale zatrzymując progres choroby. Oskarżenia te, są nazywane teoriami spiskowymi. W odcinku siódmym, autorzy dokumentu pokazują konsekwencje w działaniach różnych rządów. Okazuje się często, że ci, którzy najgłośniej krzyczą o wprowadzaniu ograniczeń, stanów wyjątkowych, lockdown’ów, sami uważają się za lepszych, których te ograniczenia nie dotyczą. Spada zaufanie do rządzących. W kolejnym odcinku, okazuje się, że duża część ludzi w 2021 roku, w ogóle nie chce się szczepić. Na przykład tylko 4 na 10 Francuzów, jest na tak. Reszta jest sceptyczna. Jest to szokujące dla polityków, gwiazd show-biznesu i koncernów farmaceutycznych. W odcinku siódmym lub ósmym, wirus mutuje. Staje się bardziej zaraźliwy i bardziej śmiertelny. Nadal jednak cierpią na niego przeważnie ludzie w podeszłym wieku, ludzie cierpiący na cukrzycę, nadciśnienie i choroby serca – mówi lektor z przyszłości. Jednak wysiłki rządzących koncentrują się na maseczkach, zamykaniu kin i siłowni oraz reklamowaniu szczepionek. Wiedzą, że innej drogi nie ma. Gdyby zaczęli wprowadzać profilaktykę chorób, by zmniejszyć zachorowalność na cukrzycę, nadciśnienie itd to aptekarze, by się śmiertelnie, bez cudzysłów, obrazili. Jeden lub drugi ważny polityk straciłby dotacje na kampanie wyborczą i musiałby zająć się uczciwą pracą – tu wypowiada się jeden z polityków populistycznych, młody wilczek, walczący o władzę. W odcinku następnym, eksperci kłócą się, jak długo utrzymuje się odporność w organizmie, czy co rok trzeba ponawiać szczepionkę, czy można różnymi czy już na zawsze tę jedną, którą dostaliśmy za pierwszym razem. Trwają spekulacje na ten temat, na inny temat i jeszcze jakiś. Przeciętny czytelnik gazet, portali randkowych i gracz w Candy Crush, kompletnie się pogubił. Nie wie, czy się szczepić, czy nie, bo wprawdzie jeden lekarz chce, ale inny nie chce. Nie wie, czy się szczepić, bo jeden polityk, którego lubi chce się szczepić, ale drugi, którego też lubi, nie chce. Nie wie, czy się szczepić, bo jeszcze nie zna nikogo, kto się zaszczepił, a dziś czytał w necie, że szczepionka niszczy mózg, ale dopiero bo 3 latach, więc może poczekać te 3 lata i dopiero wtedy. Serial może być kręcony bez końca. To może być hit taki, jak „Moda na Sukces”, który miał ponad 8000 odcinków. I jak w serialu, trzeba być uważnym, nie tracić ani odcinka, bo łatwo zgubić wątek, stracić orientację, kto jest dobry a kto zły, kto spiskuje a kto prostolinijny. Witamy w „Modzie na Covid”…

Facebook
Twitter
LinkedIn

Beaver Creek to bardzo mała miejscowość w Kanadzie, tuż przy granicy z Alaską, w daleko na północ położonej prowincji Yukon. Cały Yukon zamieszkuje 35 tysięcy ludzi, a sam Beaver Creek zaledwie 80 dusz. Jest tam jedna restauracja, jedna stacja benzynowa, jeden motel i jedno lotnisko. Kameralnie. Specyfiką tego regionu jest to, że zamieszkują go nadal tak zwane „rdzenne ludy Kanady” czyli po prostu Indianie i Eskimosi, choć określenia te są często traktowane jako rasistowskie. Być może wynika to historycznego bagażu jaki niesie Kanada.

Jeszcze w latach 40-ty i 50-tych, w ramach cywilizowania tych narodów, siłą odbierano dzieci i wtłaczano je w gdzieś tam odległe szkoły i internaty, by  uczyć jak należy żyć w sposób kulturalny. Jakaś część tych ludów, przetrwała te społeczne eksperymenty i nadal można ich spotkać na ulicy Beaver Creek. Nie jest to jedyna miejscowa atrakcja. I na pewno nie ta najważniejsza.

W styczniowy mroźny poranek na miejscowym lotnisku pojawiła się dwójka niecodziennych gości. Niejaki Rodney Baker wraz z żoną Ekateriną postanowili zrobić sobie wycieczkę z ciepłego Vancouver, pokonać 3000 km lotniczej odległości, by załapać się na grupę zero w kolejce po szczepionkę na Covid. Grupą zero w Kanadzie jest między innymi ludność tubylcza, którą traktuje się teraz wyjątkowo w ramach rekompensaty moralnej za lata tłamszenia z powodu innego koloru skóry.

Wprawdzie Państwo Baker nie wyglądają jak Indianie ale, że podali się za pracowników miejscowego motelu, szczepionkę otrzymali. Jednak, ku zdziwieniu lekarza, natychmiast po zabiegu ruszyli na lotnisko, co uznano za nietypowe i podejrzane. Poinformowano miejscową policję. Przesłuchani na lotnisku państwo Baker przyznali, że wprawdzie nie mieszkają w Beaver Creek, ale stać ich było, finansowo i moralnie, by wbić się w indiańską kolejkę. Sprawa szybko obiegła wszystkie kanadyjskie media i wzbudziła powszechne oburzenie. W tym spokojnym, szumiącym klonami kraju, wybuchła afera. Wypisano mandaty, zarządzono kary za złamanie covidowych ograniczeń w przemieszczaniu się, pan stracił pracę szefa sieci kasyn, a na koniec, w wyniku oburzenia społecznego, państwo Baker dostali „ban” na przyjęcie drugiej dawki szczepionki. Uznajemy to za sprawiedliwe zakończenie sprawy.

Facebook
Twitter
LinkedIn

Nazwisko Satoshi Nakamoto jest znane wszystkim entuzjastom łatwych pieniędzy i szybkiego zysku. To mityczny apostoł matematycznego pieniądza, anty-systemowy kreator nowego porządku lub też po prostu fikcja literacka rodem z postpunkowej literatury.


Objawił się światu w roku 2008, przy okazji premiery kryptowaluty o software’owo brzmiącej nazwie bitcoin. Wydaje się, że nazwa „waluta” jest w tym miejscu, nieco na wyrost. Jeśli umówimy się – ja ci dam orzeszki ziemne, w zamian za marchewki, to nie oznacza od razu, że orzeszki i marchewki stają się walutą. Po prostu dokonamy uczciwej wymiany 1 kilograma towaru, za 1 kg innego towaru. Marchewka i orzeszki mają przy tym tę zaletę, że istnieją materialnie. W przypadku bitcoina, różni sąsiedzi umówili się, że pewien zaszyfrowany ciąg znaków, będą traktowali jak orzeszki i spróbują się z innymi ludźmi wymieniać na coś, co istnieje w rzeczywistości jak choćby właśnie marchewki. Jeśli jednak napiszę na kartce jakieś cyferki, i z tym świstkiem pójdę do sklepu po zakupy, to zostanę wyśmiany. Z bitcoinem nie jest tak łatwo. Nie można go sobie narysować, trzeba go zdobyć, znaleźć w czeluściach internetu lub jak to mówią, wydobyć. Tak jak wydobywa się węgiel lub lepiej, złoto. A jak wiedzą nawet dzieci w wieku przedszkolnym, ilość kopalni na naszej planecie jest ograniczona. Dlatego ich cena rośnie, im mniej ich matka ziemia jeszcze nosi. Bitcoiny też są limitowane. W ilości 21 mln sztuk. Sprytne? Owszem. Gdyby można je było kopiować jak w kserokopiarce, to byłyby warte okrągłe zero. A że ilość ograniczona jak telewizorów w Black Friday, to cena rośnie.


Jak świat światem, zawsze tak było, jest i będzie, że jak czegoś mało, to ludzie to bardziej chcą, i więcej jest dla nich warte. I to nawet jeśli jest to „obiektywnie bezwartościowe”. Bo ile „obiektywnie” może być warty jakiś ciąg liczb? Oczywiście nie istnieje coś takiego jak „obiektywnie”. Wszystko jest warte tyle, ile ktoś chce za to zapłacić. Ludzie wydają majątek na obraz, który artysta kilka godzin chlapał różnymi kolorami farby i wygląda jak każdy inny obraz pochlapany farbą. Jednak, gdy obraz odwrócimy na lewą stroną to zobaczymy tam sygnaturę. I w tym momencie obraz już nie jest zwykłym obrazem. W tym momencie staje się WALUTĄ. Bo mimo, że obiektywnie jest warty nic i nie zrobisz za niego zakupów w lokalnym spożywczym, dla pewnych ludzi, „sąsiadów”, z którymi się umówiłeś, obraz ten warty jest miliony. Tak działa bitcoin.


Ludzie mają przedziwną skłonność robienia innych ludzi w jajo. Wystarczy, że zbierze się odpowiednio duża liczba „sąsiadów”, na tyle duża, żeby uwiarygodnić wartość czegoś bez wartości, a reszta ludzi uznaje, że jest to coś cennego. A kto na tym zarobi? Oczywiście tylko owi „sąsiedzi”. To oni kupili bitcoiny po 20 centów 10 lat temu, żeby teraz je sprzedawać po 20 tysięcy dolarów. Na sztuce zarabia się podobnie. Kupuje się obraz nieznanego, ale „rokującego” artysty za grosze. Przez 10 lat opowiada się wszystkim wokół jak to jest genialny malarz, promuje się go w galeriach, na targach, w specjalistycznych pismach, głosem krytyków i marchandów, aż wreszcie nadchodzą żniwa i można na tym zarobić. Czy taki obraz kiedyś straci na wartości? Czy bitcoin kiedyś spadnie na łeb? I jedno i drugie nazywane bywa „bańką”. Ludzie pompują, pompują wartość jakiegoś aktywu, aż wreszcie przychodzi dzień sądu, ktoś mówi “sprawdzam” i akcje lecą w dół. Sztuka jest wartościowa, dopóki jest pokój na świecie, dobrobyt ma się dobrze, biznes się kręci. Lecz gdy przychodzi, kryzys, wojna nie daj boże, załamanie gospodarcze, to co można sobie zrobić z takim obrazem? Albo jeszcze gorzej, co można zrobić z zaszyfrowanym ciągiem liczb?

Facebook
Twitter
LinkedIn
by Loic C Flickr

W latach 80-tych, furorę robił film „Wejście Smoka” z Brucem Lee w roli tytułowej, jak można podejrzewać. Masa ludzi, wówczas, odkryła kung-fu, masę ludzi zainspirowało to do ćwiczeń i treningów w tej sztuce samoobrony. W Polsce na przykład, szczególnie spodobał się styl „pijanego mistrza”, który pozwala połączyć pasję do picia z nieodzowną w pewnych sytuacjach potrzebą aktywnej asertywności.

Moc filmu, jako narzędzia wpływania na ludzkie zachowanie, został odkryty jednak dużo wcześniej. Począwszy od propagandy filmowej III Rzeszy, przez amerykańskie filmy zachęcające do wstępowania do armii, propaganda sukcesu prezentowana przez kinematografię komunistyczną, i wiele innych. Filmy te, często wykorzystywały formułę bohatera, który miał być wzorem do naśladowania. Zwykle był to wzór, który politycy uznali za pożądany w kontekście kształtowania społeczeństwa w kierunku, który umacniałby ich wizję i pozycję. Dzisiaj jednak, nie „chroni” nas instytucja cenzury, która wskazuje, co jest dla nas dobre, a co złe. I nikt nie zastanawia się, jaki wpływ na ludzkie zachowania ma epidemia filmów o dobrych dilerach narkotyków, o dobrych mafiozach, złych policjantach, o płatnych mordercach pławiących się w luksusach dostatniego życia, o „james’ach bondach” z licencją na zabijanie i całego zoo pozytywnych bohaterów przelewających hektolitry filmowej krwi, w imię dobrej sprawy walki ze złem.

Nikt specjalnie nam nie musi tłumaczyć, że wszystko to, co oglądamy to fikcja i tylko niektóre obrazy kończą się komentarzem, by nie próbować samemu robić tego czy tamtego wygibasu, bo można sobie zrobić krzywdę. Jednocześnie jednak, filmy te oglądają również dzieci, których percepcja może być inna niż osób dorosłych. Nikt nie wie, ile dzieciaków postanowiła demolować „system” po obejrzeniu filmu „Joker”. Nie wiemy, jak popularne jest marzenie, by zostać superbohaterem, genialnym włamywaczem, szacher-macherem oszukującym kasyno dzięki umiejętności liczenia kart w Black Jacku, ilu zaimponowało wciąganie kresek białego proszku i tak dalej. Bo choć zwykle scenariusz jest pisany tak, że dobro zwycięża, każdy jednak może pomyśleć, że będzie sprytniejszy, że uniknie błędów filmowego pierwowzoru, nie da się złapać policji, będzie żył jak pączek w maśle na czele gangu i długo i szczęśliwie.

Kształtowanie tych wzorców przez film, ma jeszcze jeden ciekawy aspekt. Przemysł porno, produkuje, zdaje się, więcej filmów niż całe Hollywood z całym Bollywood razem wzięte. Porno, może za darmo oglądać teraz każdy, bez względu na płeć, wyznanie i przede wszystkim wiek. Wystarczy dostęp do netu i cała nieromantyczna wizja miłości porno, stoi przed nami otworem. Efekt widać w pytaniach, które zadają dzieci dzwoniące na infolinie zajmujące się sex poradami dla tych, którzy pogubili się jak właściwie ten seks powinien wyglądać. Przykładowo dziewczynki pytają, czy powinny uprawiać sex z jednym partnerem czy z kilkoma na raz. Można przypuszczać, że podobne dylematy można mieć, co do seksu analnego, połykania różnych płynów, niezbędną wielkością członka czy pożądaną długością stosunku. Jeśli potraktować przeciętny film porno jako odzwierciedlenie prawdy, nasz przeważnie prozaicznie zwyczajny seks, może wyglądać nieco blado. Jeśli brak jest edukacji i krytycznego spojrzenia, można uznać że filmy te pokazują jakąkolwiek wersję prawdy. Boli to o tyle, że katolickie społeczeństwa, boją się panicznie dyskusji o seksualności i jakiejkolwiek edukacji w tym obszarze.

Zatem, całe generacje młodych ludzi, czerpią wzorce o miłosnej relacji pomiędzy jednym a drugim człowiekiem z filmów, które bazują na naszych, przepraszam, najniższych instynktach. Jednych sprowadza się tam do zawsze gotowych, patologicznie uległych, innych do zawsze gotowych w permanentnym wzwodzie maszyn do pieprzenia. Porno, tak jak kino akcji, nie jest dobre ani złe. Ale zarówno pierwsze jak i drugie, bez komentarza co jest prawdziwe, a co jest fikcją, może trwale unieszczęśliwić. Tak jak próba skoku z jednego budynku na drugi. Można się mocno połamać.

Photo by Loic C Flickr

Facebook
Twitter
LinkedIn

Zamknij oczy i wyobraź sobie George’a Clooneya.
Znasz tego aktora, prawda? A teraz, jak już masz zamknięte oczy, przypomnij sobie w jakich filmach go widziałeś. Pewnie przyjdzie Ci do głowy jego rola włamywacza – gentelmena Danny’ego Ocean’a. Albo bezlitosnego i profesjonalnego mordercy w The American. A może miłego fajtłapy w The Descendants? Czy też może rewelacyjna rola w Od zmierzchu do świtu jako Seth’a Gecko?

W jakiejkolwiek roli byśmy go nie widzieli, czy był to czarny charakter, czy też człowiek o nieskazitelnej moralności, to z całą pewnością budził naszą sympatię, szacunek, rozbawienie a być może nawet uwielbienie. I tak zwykłego człowieka o nazwisku Clooney, urodzonego 6 maja 1961 w Lexington w Stanach, postrzegamy głównie przez jego role, przypisujemy mu cechy charakterów, które odgrywał, widzimy go przez pryzmat kostiumów, w jakich był ubrany, przez makeup, jakim był ucharakteryzowany, przez scenografie, na których tle się pojawiał, i w końcu przez bohaterskie czyny lub tylko te, które nas rozśmieszyły.

Nie widzimy George’a, tylko widzimy jego reprezentację, formę, imago, które prezentuje. Pomijam tu, że w życiu prywatnym George też jest fajnym gościem o wielkim sercu, ale rzadko mamy go okazję widzieć na żywo. Raczej polegamy na sprzedawanym nam wizerunku. Ten wizerunek działa na nas tak mocno, że gdy George zakłada zegarek Omegi, jej sprzedaż wzrasta. Gdy George pije Nespresso, my też pijemy Nespresso. A gdy George sięga po Martini, my też pijemy Martini. To ostatnie może nie wszyscy, ale nie wszyscy jesteśmy tym samym “target group”. Niektórzy wolą Heinekena… którym w “Skyfall” raczył się agent 007. Kosztowało to ten browar jedyne 28 mln funtów. Na tyle wyceniono siłę oddziaływania Daniela Craiga…

Facebook
Twitter
LinkedIn

Ciasteczka na stronie W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

Masz, tak jak my, dość kłamst i fake`u?

Tak, chcę dostawać dwa razy w miesiącu
newsletter z prawdą w dużych dawkach!